Wczoraj padało, rano padało coś się spsuła pogoda. Po pracy stwierdziłem że drogi troche przeschły a po niedzielnym rowerowaniu mam zapiaszczony napęd to tak dla samej możliwości porowerowania pojechałem do roboty umyć napęd i nasmarować. Tym bardziej że mam zamiar dojechać na tej deorce ten rok do końca i na nowy sezon wsadzić nowy zestaw.
Dzień zaczął się od dylematów jak się ubrać ( facet z kobiecymi problemami ??) a tak na poważnie to nie wiedziałem jak ciepło się ubrać końcem końców zakładam troche cieplejszy zestaw co w moim przypadku było dobrym wyborem.
Rano +4'C na Palcu Papieskim gdzie czekali już Damian i Andrzej a kilka sekund później pojawia się Adam i Tomek. W tym składzie jedziemy na Sosinę po Krzyśka i ruszamy trasą Adama niestety już po 10km musiała być modyfikowana bo pobłądziliśmy :) Trasa ogólnie fajna troche lasu, terenu i asfaltów. Wszystko przyjemne i przejezdne choć 2x się ratowałem przed glebą.
Tylko tempo mocne i na granicy moich możliwość jakoś dałem rade choć nogi teraz bolą.
Miało być ładnie i w miare słonecznie a było mokro i raz zmokliśmy dlatego tytuł taki a nie inny. Foty będą na pewno u Krzyśka i Adama (choć Tomek i Andrzej też coś tam focił)
Część trasy targałem jakimiś krzakami w których to rozmyłą mi się ścieżka lub coś co ją imitowało. Jakąś dziurą w płocie włamałem się na ogródki działkowe licząc że po drugiej stronie będzie brama otwarta i droga do cywilizacji ale nie wszystko już było pozamykane. Więc dalej targałem krzakami aż dotarłem gdzieś w okolice "fashion house" a potem już kierunek na dom.
Po wczorajszych zimnych doświadczeniach opatulam się i ruszam wersją "short" a tu niespodzianka jest ciepło, zaczynam się rozbierać w drodze bo zagotować się można. Przy takiej pogodzie to kota można dostać.
A po pracy postanowiłem sprawdzić okolice Adama po przeczytaniu jednego z jego blogów. Dość ciekawe ukształtowanie terenu mały ruch samochodów można sobie pobrykać. Tylko troche energii mi brakowało bo tylko na śniadaniu jechałem a kupione po drodze słodycze dotarły do nóg w połowie drogi.
Zimno, ciemno i brak motywacji w takich warunkach wszystko mi mówiło jedź samochodem. A jednak jakoś się przełamałem i mocno spóźniony ruszyłem już najkrótszą trasą co by się wyrobić do pracy.
Ciuchy się sprawdzają ale gęba zmarzła mi na maksa trzeba powoli myśleć o zmianie transportu.
W pracy zrobiłem sprzątanie maszyny i fotki deorce.
Cały dzień byłem jakiś rozbity i zmęczony, tylko mi się chciał spać. Żonka nie może na mnie patrzeć i po południu wygania mnie na rower - coś niesamowitego. Swoją decyzje motywuje tym że po rowerku jestem jakiś taki żywszy. To pojechałem objechać pogorie bo nie miałem żadnego pomysłu na dziś. W lasku jest już sporo piasku można troche sobie pokopać, co raczyłem zrobić jak się chce jeździć z harpaganami w góry trzeba ćwiczyć.
cad:85
PS. Kolejne święto nawet browara pod to otwieram a mianowice deorce stukło dziś 8 tyś
Pobudka 5:00 jeszcze tylko śniadanie i pakowanie kanapek do sakw no właśnie ech... O 5:45 spotykamy się z Adamem (limit) i Krzyśkiem (krzysiek22) a z racji że Tomek ma poślizg ruszamy powoli w kierunku Mysłowic na spotkanie z kolejnym Krzyśkiem (Kysu). Po drodze dogania nas Tomek (T0mas82). W Katowicach po drewutnią zabieramy Wojtka i bikera90 i w tym składzie tarabanimy się na dworzec PKP w Katowicach Piotrowicach.
Pociąg Pełna opcja czyli już pełny rowerów a tak że Ja z Adamem i Krzyśkiem musimy stać z rowerami w łączniku. W pociągu też już czekał na nas Grzegorz ze swoją maszyną.
Dojazd do Węgierskiej górki minął nam szybko na balansowaniu rowerami w wąskim łączniku i pogaduchach. Podjazd asfaltami trwał całe 10min a potem to ciężko opisać bo teren zaczął się natychmiast na ostro i już tylko było trudniej. Kumulacja to był łącznik łańcuchowy gdzie rowery wędrowały z ręki do ręki. W sumie to mieliśmy wszystkie możliwe warunki drogowe tylko piachu zabrakło.
W porównaniu do poprzedniego wyjazdu Krzysiek ostro podniósł poprzeczkę i o ile już poprzednio napisałem że trasa dla mnie była za trudna to teraz trochę mi brakuje określnika żeby opisać tą trasę :)
Moim błędem były sakwy które zniwelowały cały zysk z nowej kiery i obniżenia środka ciężkości niestety obawy o warunki pogodowe i zabranie prowiantu plus dodatkowej wody spowodowały że na każdym podjeździe nie miałem przyczepności przedniego koła tak że parę razy wyskakiwałem z siodła albo rzucałem nim żeby się ratować przed glebą.
Niestety tak mnie to frustrowało że na wąskich singlach na zboczach bałem się jechać co by nie zaliczyć zjazdu na kreskę w dół nie koniecznie ścieżką.
W tym zestawie jakoś dotoczyliśmy się na Rysianke gdzie pada decyzja że Ja i Adam odbijamy w bardziej cywilizowanych kierunkach czyli szukać asfaltu a reszta jeszcze stara się zdobyć Pilsko.
Zjazd czarnym szlakiem też był dla mojej odwagi niezłym wyzwaniem miejscami było tak stromo żę bałem się zatrzymać bo już bym nie ruszył bez przelotu przez kiere na szczęście były to krótkie odcinki a im niżej tym łatwiej.
Ostatecznie już trochę drogami trochę ścieżkami rowerowymi dojechaliśmy do żywca gdzie kupiliśmy bilety, poinformowaliśmy chłopaków o możliwych godzinach powrotu i udaliśmy się na rynek wciągnąć coś ciepłego czyli Pizza + browarek.
Chłopaki też dały rade i na 30min przed odjazdem pociągu pojawili się na stacji więc wracaliśmy w komplecie. A z Katowic pomimo namów Tomka pojechaliśmy najkrótszą drogą do domu.